Strona główna » Rozlazła, ślamazarna, nieogarnięta.

Rozlazła, ślamazarna, nieogarnięta.

Od kilku dni jestem sama w domu. Ciężko i dziwnie mi to mówić, ponieważ słowa te nieczęsto goszczą w moim słowniku. Mam wręcz wrażenie, że stopniowo je wyrzuciłam i nawet przez gardło nie chcą przejść. W rodzinie wielodzietnej jest, wiadomo, głośno, ciągle coś się dzieje i jak mawia moja Mama, nie słychać własnych myśli.

Kiedy Monżu zaproponował, że ostatni tydzień czerwca zostanie z dziećmi na wsi – oniemiałam. Wydało mi się to wtedy tak ogromną abstrakcją, że nie umiałam wydusić z siebie słowa. Poczułam się, jakby ktoś chciał zabrać mi coś trwałego, co mnie otacza, czym oddycham. Jakby wielka ręka wyrwała mnie z mojego małego świata i wywaliła w kosmos.

Druga myśl to była euforia. Tak, dokładnie tak. Radość, poziom trylion. Przyszło mi do głowy, że to będzie doskonała okazja, żeby się w końcu wyspać. I taki właśnie miałam plan. Wyspać się za wszystkie czasy.

Od zawsze byłam rannym ptaszkiem, szkoda mi było dnia na marnowanie go na sen. Zazwyczaj wolę się wcześniej położyć i wcześniej wstać. Ten typ tak ma. I pomimo tego, że ostatnio byłam (byliśmy oczywiście) potwornie zmęczona. Warszawskie tempo ostatnich dni przed wakacyjną migracją, kiedy to trzeba było dopiąć wszystko na ostatni guzik to był czas, kiedy snu potrzebowałam dużo więcej niż zazwyczaj. Obiecywałam sobie solennie, że przy pierwszej okazji nadrobię. Łóżko, laptop albo pilot, albo książka albo cała to konfiguracja zapisana koniunkcją. Ja – leń, tak miało być.

I tak było. Nie wiem, czy jest to kwestia tego, że bez bata, który notabene zazwyczaj sama narzucam, nie umiem się zmobilizować, czy jaka tego przyczyna. Przez te kilka dni samotności byłam kompletnie rozlazłą istotą, ślamazarą, czasową niedojdą, wszędzie spóźnioną, kompletnie niezmobilizowaną Magdą, której sama nie rozpoznawałam. Ale wiesz, ja byłam z siebie dumna. Mnie to wręcz cieszyło. Że jeszcze tak potrafię. Że przez to całe macierzyństwo, łączenie rodziny i pracy zawodowej, obowiązków, pasji, życia na dwa domy, ja potrafię zrobić krok w tył i mieć wszystko w.. poważaniu. Sporo nad poziomem morza wszystkich musiejstw (*słomszczyzn, od słowa musieć), było – JA, długo niekarmione ego. Tak niezbędny egoizm krótkoterminowy.

Zaznaczam tu wyraźnie, kocham swoje życie i kocham to zmęczenie codziennością. Bo to męczące jednak jest, ciągle w pośpiechu, ciągle z zegarkiem. Teraz, jest cisza. Nikt mi się nie pcha do łazienki, mogę pół książki przeczytać siedząc na toalecie (lubię), mogę zrobić sobie kanapkę i nikt mi jej nie zje, a jak siądę na kanapie to nikt mnie z niej nie zgoni, czy nie zacznie po mnie skakać, nie zawoła, że coś się rozlało, wykipiało, przewróciło, że ktoś na kogoś niestosownie powiedział..  Przykłady mogę mnożyć.

Teraz mogę docenić to, co mam. Bo ta cisza chwilami jest wręcz nieznośna. I choć wkurzam się, że czasem mam nieodparte wrażenie, że moje życie nie należy do mnie, to jednak kocham je. Doceniam. W takim kształcie, odgłosie, zapachu, bałaganie, naszej codzienności. Doceniam bardzo, bo, jakkolwiek banalnie by to nie zabrzmiało, mam wszystko, co kocham. Ta samotność, tęsknota (oj tak!), ten głęboki oddech był mi bardzo potrzebny. Czasem te kilka metrów czy dni dystansu działają cuda. A cuda są nam potrzebne.

Już wkrótce małe, prawie dwuletnie stopy będą spały na moich plecach. Wcześniej cała trójka będzie negocjować kolejny odcinek Łowcy Trolli. I pewnie się zgodzę. Na popcorn też. A później poodkurzam po nich kanapę, bo jak zawsze nakruszą. I jak zawsze będę z tego powodu grymasić, tym razem krócej i ciszej 🙂

Tęsknię. Te cztery dni to taki czas „akurat”. Nie mogę się doczekać, aż ich wszystkich wyprzytulam, wycałuję, wykocham.

Jednocześnie proszę o wyrozumiałość, że nie byłam tam, gdzie powinnam, że nie odpisałam na czas, nie oddzwoniłam. Potrzebowałam tej rozlazłości, tego luzu, na który na co dzień nie mogę sobie pozwolić. Już się ogarniam, obiecuję.

 

<3

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *