Strona główna » Polska służba zdrowia kontra my. Smutny nokaut, proszę Państwa

Polska służba zdrowia kontra my. Smutny nokaut, proszę Państwa

Szpital nie kojarzy się dobrze. Rękę sobie dam uciąć, że w grze skojarzeń ze szpitalem u Ciebie też pojawi się ból, przykry zapach, cierpienie, szarość. Ja też nie potrafię skojarzyć inaczej. I nie, nie mówię o tej cudownej sytuacji, kiedy na świat przychodzi Twoje dziecko. Mówię o tej sytuacji, kiedy musisz tam pojechać i uzyskać pomoc. Bo przecież lekarze po to są, by pomagać, prawda?

Magiczny czas 3 tygodni, przez który Pola miała nosić półgips mija i postanowiłam dłużej nie zwlekać, tylko umówić nas do ortopedy. Obdzwoniłam kilka stołecznych szpitali. Zonk! Miejsc brak. Żadnych (słownie ŻADNYCH!). „Proszę zadzwonić za miesiąc, może półtora”. „Proszę jechać tam, gdzie gips został założony”, „Proszę przyjechać i po wszystkich wizytach zapytać doktora czy przyjmie”. Ożesz, na pewno dobrze się dodzwoniłam? Niestety. Tylko takie teksty sie pojawiały. Wygląda na to, że miejsca do ortopedy może się znajdzie, owszem, jak Młoda skończy osiemnaście lat.. Mogłabym w sumie ten cholerny gips sama zdjąć, ale trzeba fachowym okiem (ręką, rtg?) sprawdzić, czy kość się ładnie zrosła, czy ręka działa prawidłowo. Lekarzem nie jestem, w tym zakresie nawet nie zamierzam udawać, że mam jakąkolwiek wiedzę (w wielu innych improwizuję, a i owszem). Dlatego jadę do specjalisty. To znaczy chcę jechać, ale nie bardzo mam gdzie. Dodzwaniam się do szpitala, gdzie gips założono i co słyszę? „Proszę przyjechać ok. 11, lekarz przyjmie”. Bomba! Teraz będzie dobrze – myślę. Koniec problemów. Temat zamkniemy i kropka. O łatwowierna, naiwna matko! Wchodzimy do przychodni, przedzieramy się przez oczekujący tłum. Na oko 40 osób w krótkim korytarzu.

http://wyborcza.pl/
http://wyborcza.pl/

Jest szansa, że nie wszyscy do ortopedy, obok przyjmuje chirurg. Niestety, nadzieja odebrana. Mało miła Pani w rejestracji tłumaczy, że zapisać nie może, ani założyć karty. Nie może bo jest potrzebna zgoda na wizytę wydana przez pana doktora. Kiedy? Jak skończy przyjmować pacjentów. Czyli pewnie jeszcze dziś, ale konkretów nie ma. I żadnej gwarancji, że się uda. Fantastycznie! Wracamy do domu. Z gipsem Młodej. Kiepskimi wspomnieniami Młodego. I naszą dorosłą, cholerną bezradnością. Straciliśmy czas. I nerwy. Nie zyskaliśmy nic. I nie jest to niestety odosobniony przypadek. To pierwszy, ale z pewnością nie ostatni taki raz. Dopóki coś się nie zmieni.


Głośno się na to NIE ZGADZAM. W czym tkwi problem? Kto jest temu winien? Kto wymyślił ten system i kto jest za niego odpowiada? Kto posprząta ten pieprzony bałagan? Kto może to zmienić? Tak, wiem. Nie brzmię dobrze. Nie wyrażam się ładnie. Ale szlag jasny mnie trafia. Chcę skorzystać z tego, co mi się zwyczajnie należy. Za co rocznie z Monżem płacimy niemałe pieniądze. Nie stoję w kolejce do lekarza co tydzień. Z państwowej służby zdrowia korzystam bardzo rzadko, i to głownie z opieki pediatry. Szczepionki dla dzieci zazwyczaj kupuję. W ciąży kilkukrotnie musialam skorzystać z pomocy endokrynologa. Jasne, dostałam się do specjalisty, ale prywatnie.


Płacimy dosłownie za wszystko. A to, co jest określone zgrabnym skrótem VAT jest nie dla nas. Dla kogo więc jest? To jasne. Dla pacjenta przyjętego prywatnie. W tym samym gabinecie, na tym samym sprzęcie. Niedopuszczalna jest taka sytuacja. Zgłasza się pacjent. Potrzebuje pomocy, konsultacji, w końcu nie przyszedł do przychodni/szpitala/poradni z nudów. Zostaje odprawiony z kwitkiem. Choć pewniej odprawia się sam. Bo nikt jego losem nie jest zainteresowany. Ktoś, kto dysponuje czasem przyjdzie za 3 godziny, po południu, następnego dnia. Czasem jednak dla kogoś może być za późno…


Jedno wielkie NIEPOROZUMIENIE.

 

2.

1.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *