Strona główna » O tym jak wylądowaliśmy na SOR-ze, o gąbce i o odwadze.

Szpital Kozienice, SOR Kozienice

O tym jak wylądowaliśmy na SOR-ze, o gąbce i o odwadze.

 

"Żeby kózka nie skakała,
Toby nóżki nie złamała".
Prawda!

 

Była sobota. Piękny słoneczny dzień. Byli znajomi, kawa na tarasie.. Weekend. Słońce i trawa, która mocno odrosła po suchym i upalnym lecie.

W planach koszenie, pielenie, zabawy z piłką, na trampolinie. Nasz czas, jak co tydzień. Jest pięknie. Pachnie jesień. Upajamy się tymi chwilami. Staramy się w pełni odpoczywać.

Luźne rozmowy o wszystkim. I o niczym. O dzieciach, ubezpieczeniach, złamaniach kończyn (sic!). Nic poważnego, nic co nas dotyczy bardziej. Odpoczywamy. Wymieniamy uwagi, chichramy się. Spędzamy razem czas. Dorośli, dzieci, zwierzęta. Symbioza.

Robi się chłodniej, przenosimy się do domu. W piecu głośno bucha ogień. Jest przytulnie. Niczego nam nie brakuje. Szczęście.

 

Ale gdyby nie skakała,
Toby smutne życie miała.
Prawda?

Bo figlować – bardzo miło,
A bez tego – toby było
Nudno…​

r11

Dzieci szaleją. Wszystko jest pod kontrolą. Tak myślę.

 

Chociaż teraz musi płakać,
Potem będzie znowu skakać!
Trudno!

 

Aż tu nagle wielkie BUM. Sielanka się skończyła. Cholerny game over. Głośny krzyk Poli przerywa kuchenne relaksy. Biegnę, podnoszę, diagnozuję, przytulam. Za każdym razem w podobnej sytuacji serce mi pęka na miliardy kawałków. Moje Małe cierpi. Boli ręka. Gdyby można było zabrać cały ten ból. Cesję bólu raz, dwa, poproszę! Dożywotnio. Głośny płacz zdaje się nie mieć końca. Tłumaczę to emocjami, długim dniem, niewyspaniem, potrzebą pieszczoty. O nieba, jak bardzo się mylę. Ja, zła matka.

Ręka boli, ale nie puchnie. Dobry to znak. Chyba.

Nie znam się. Nigdy nie miałam gipsu. Żadnych złamań. W szpitalu byłam w sumie 3 razy jako pacjent. Dwukrotnie rodząc Grochy i raz w liceum. Ślinianki wtedy oszalały. Dziś wiem, że zdecydowanie wolę rodzić. Ten finał wynagradza wszystko.

Upadek. Ręka. Kość. Pęknięcie. Złamanie. Brak dobrych skojarzeń. Bo jak? Matka zła! Nie da się ukryć.

 

r2

 

Zła jest też noc. Ciężka, gęsto pobudkowa. Ręka boli. Gorąco jest, ale nie może być inaczej. Paliliśmy w piecu, mamy na górze parno. Dzieci się budzą. Jestem z nimi, ale nie znam sposobu, aby było lepiej. Boli przedramię.

Rano nie pozostawia złudzeń. Śniadanie nie smakuje, prawa czteroletnia ręka nie działa. Jedziemy na pogotowie. Chciałabym myśleć pozytywnie. Chciałabym to w tej chwili umieć. Każde jedno słowo, które pada w tak zwanym międzyczasie w Jej obecności, czy zasięgu staramy się nacechować pozytywem i radością. Jak? Nie znam recepty, wciąż uczymy się na błędach. Tu każdy błąd kosztuje nas Jej łzy, strach, obawę. Jasne, że się boimy. Są słowa i miejsca, które nigdy nie będą kojarzyły nam się pozytywnie. Szpital to jedno z nich.

A teraz odwróć obiektyw. Pauza. Skup się na dziecku. Obserwuj. Zobacz, jakie ono jest cierpliwe. Jak potrafi słuchać. Dostosować się. Jak odbiera sygnały i jak świetnie sobie z nimi radzi. Zanim znowu zaczniesz myśleć o sobie, zobacz, Ono tu jest. Twoje dziecko. Chłonie Cię jak gąbkę. Waż słowo i gesty.  Nie wprowadzaj większego zamętu i niepokoju. Chwila nieuwagi i może być tragedia. I nie, nie mówię o tym nieszczęsnym upadku z krzesła. To się mogło zdarzyć wszędzie i pewnie by się zdarzyło. Mam żywiołowe dzieci. Żywe srebra – mówili. Nie mogliśmy uniknąć tego wypadku. Bo co? Uwiązać? Kicać i łapać? Bez szans.

Pola jest o wiele bardziej wyważona ode mnie. Ona przeżywa, ja odczuwam stereotypowo. Ona słyszy, ja często tylko słucham.  Jestem starsza, ale Ona jest mądrzejsza. Ona żyje chwilą, ja z nosem w zegarku. Bycie dorosłym za czasów dzieciństwa kojarzyło się przede wszystkim z wolnością. Dziś już wiem, jak ogromną cenę płacimy za za to dorastanie. Codziennie uczę się czegoś nowego od dzieci. Wracam do przeszłości, lepiej poznaję siebie i widzę, jak wiele cech zostało pogrzebanych. Ciągle gdzieś biegniemy, gdzieś się śpieszymy, na coś się spóźniamy. Teraz będzie czas żeby przymusowo zwolnić. 

Moje Małe Szczęście dostało półgips na przedramię na 3 tygodnie. W każdej części tej kilkudziesięciominutowej wizyty w szpitalu była odważna i skupiona. W przeciwieństwie do mnie. Ja byłam bliska płaczu, Ona z uśmiechem wyszła z sali pokazując chlopakom nowy nabytek, na któym będzie można pisać!

Mam wspaniałe dzieci. Moi mali nauczyciele wrażeń, doznać i przeżyć. Dziękuję Wam, Grochy, że tacy właśnie Jesteście. 

Uczę się od Was każdego dnia. Mam nadzieję, że Was nie zepsuję swoim często zbyt dojrzałym okiem matki kwoki, moralizującym tonem. A Wy uczcie mnie swojego postrzegania świata. Wiem, że z małych rzeczy dalej będziemy się śmiać do rozpuku. Że będziemy szaleć, przeżywać, kochać. W weekendy zatracać się kazikówkowym świecie i cieszyć z tego co mamy. W końcu mamy najcenniejsze – SIEBIE.

r44

r54


Więc gdy cię dorośli straszą,
Że tak będzie, jak z tą naszą
Kozą,
Najpierw grzecznie ich wysłuchaj,
Potem powiedz im do ucha
Prozą:

"A ja znam może dwadzieścia innych kózek, co od rana do wieczora skakały i zdrowe są, i wesołe, i nic im się nie stało, i dalej skaczą! Grunt, żeby się nie bać! Tak skakać, żeby się nic nie stało! Bo inaczej, co by za życie było? Prawda?" I skacz, ile ci się podoba. Niech dorośli zobaczą, jak się to robi!"

Niech zobaczą. Ja się baczniej przyglądam. I uczę się.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *