Strona główna » O bieganiu, mijaniu i 50 minut łamaniu. [Relacja z trasy]

Energetyczna dycha 2015

O bieganiu, mijaniu i 50 minut łamaniu. [Relacja z trasy]

Ten start planowałam kilka miesięcy. Data była idealna, pogoda raczej mogła dopisać niż się zepsuć. "Energetyczna dycha" to dla mnie szczególne wydarzenie. W zeszłym roku wystartowałam w drugiej edycji biegu pierwszy raz. Pierwszy ever. 

Czy długo się przygotowywalam? Czy wystarczająco dobrze? Wydawało mi się, że tak. Ale wszystko okazało się wyjść na wierzch w praktyce. 

Moim ukrytym marzeniem było pobiec w czasie krótszym niż 50 minut. I tak, skrycie o tym marzyłam, a myślałam  – sen wariata. Ale kto powiedział, że się nie da? Przecież chcieć to móc. Mocne słowa czy pusty frazes.. Pewnie się da, o ile jest się wyspanym, dobrze rozciągniętym, odpowiednio ubranym, itd. Wiesz, że mogłabym tak jeszcze przez jakiś czas. Bo przecież sukces (każdy jeden) to suma wszystkich niezbędników, które skrzętnie układasz sobie w głowie i one wynoszą Cię na szczyt.

Dzień zapowiadał się dobrze. Dzieci pozwoliły pospać aż do 6 rano. Owsiankowe śniadanie z kawą naładowało energetycznie. Jedzenie, które chyba nigdy mi się nie znudzi. Dochodzi 10-ta, zbieramy się. Kilka minut autem i jesteśmy na miejscu. Odbieram pakiet startowy. Fajnie, wiem gdzie co i jak. Słońce grzeje, witamy się ze znajomymi, dzieci dokazują. Taka przyjemna sobota. Pamiątkowe zdjęcie z dziećmi, toaleta. Kierujemy się w stronę startu. Trochę nas jest, nas biegaczy. Jesteśmy przeróżni. Młodzi i starzy, pyzaci i żylaści, amatorzy i ci totalnie zafiskowani, pokonujący setki kilometrów miesięcznie. To widać na pierwszy rzut oka. Dziś już się nie boję tam stać. Nie rywalizuję, w myślach nie odpadam w przedbiegach – jak w zeszłym roku. Wtedy był brak doświadczenia, wiedzy. Po raz wtóry powiem, strach ma wielkie oczy. Boimy się tego, czego nie znamy. Wtedy się bałam, dziś się cieszę, że jednak tu jestem. Tak niewiele brakowało..

Jest rozgrzewka, endomondo i radio w słuchawakach. Czas start. Ruszamy. Biegnę. Jest we mnie tak dużo emocji, że nie mam pojęcia, czy biegnę za wolno czy za szybko. Bezmyślnie zdaję się na działanie tej zielonej aplikacji, bez której chyba już nie umiem trenować. Trenuję, więc pomagam. I uzależniam się.

Po pierwszym kilometrze łapię zadyszkę. Słyszę "last kilometer 5:02". Zwariowałam. Kuźwa, no na łeb upadłam. Jakim sposobem mam biec dalej, skoro spalam się na pierwszym kilometrze? Nie no, zmiana strategii. Biegnę, chłonę okolicę, mijam ludzi, jest drugi kilometr. Boziuniuu, jest jeszcze gorzej, znaczy lepiej, ale jednak gorzej: 4:58! To nie jest mój czas. Pokonując dystans takim tempem nie dobiegnę do połowy i odjadę na sygnale. Jest lepiej bo  chyba biegnę wolniej. Mój nierówny oddech i głos pani w słuchawkach twierdzi inaczej. Wciąż biegnę za szybko.

Gdzieś w okolicach 4 kilometra doganiam szczupłego pana. W sumie to oni wszyscy są szczupli. Ten wydaje się być opanowany i biegnie równym tempem. Dobrze. Tego mi było trzeba. Robię za ogon.  Razem raźniej. Nie wiem czy jemu też, ale teraz jestem Pani Egoistka. Pamiętam, że nie sztuką jest przebiec zaplanowany dystans, sztuką jest przebiec drugą jego połowę w krótszym czasie. Tu nie ma takiej opcji, chyba, że ktoś mi przytwierdzi skrzydła. Nie ma szans. Pięknie! Nie dość, że tempo nie moje, ubrałam się jak na Sybir, to jeszcze się odwodniłam. Padnę trupem. Ta droga ma jeden koniec. Pamiętam z zeszłego roku, że tuż za zaketem na piątym kilometrze będzie wodopój. Jest! Dobiegam, dostaję na dnie kubka słodki, czerwony napój. Nie wypijam nawet pół łyka, podbijam i zalewam sobie oko, rękę i spodnie. Nosz kuźwa, genialnie! Teraz poza tym, że nadal chce mi się pić, do domu daleko, to jeszcze się lepię.  Macham ręką jakbym w przyspieszonym tempie łapała stopa. O dziwo jest nas więcej. Macha jeszcze jeden pan. Yeah! Zalaliśmy się na trasie. Grunt to dobra zabawa.

Pędzę dalej, coraz bardziej odwodniona i zdeterminowana. Lubię to słowo. DETERMINACJA. Jest bezbłędne w tej chwili. Nic nie definiuje mnie pełniej. Pokonuję kolejne kilometry i w głowie tylko jedno marzenie "odpocząć na trawie". "Jeszcze chwilę" odpowiadam sobie w duchu. Mijam tychz przodu, widzę, że biegnie ekipa profesjonalna:, krok, wybicie, strój, pochylenie, obuwie. Dobijam do pani, która pogina sprintersko. Myślę "nieee, jej nie wyprzedzę, znowu się przyczepię i oby do mety". Słońce tak bardzo przygrzewa, że chwilami nawet nie otwieram oczu. Kontroluję, by nie wbiec na chodnik. Zostawiam ją w tyle. Ale jazda!  Cieszę się całą szerokością ulicy. Dobra, u nas się mówi "całą drogą". Wszystko moje. Wiem, gdzie są zakręty toteż zuchwale ucinam każdą prostą skracając dystans. Taki ze mnie cwaniak!

Została ostatnia długa a później kilka metrów i meta. Nie mogę się teraz poddać, choć ta trawa kusi bardzo. Słyszę w uchu, że mam za sobą 9 kilometrów. Co to ten jeden kolejny dla mnie. Dla każdego. Nawet dziecko przebiegnie jeden durny kilometr. I jeszcze jedno usłyszałam. Że te 9 pokonałam w czasie czterdziestu kilku minut. Szybka matematyka i wychodzi, że jak się zepnę to będzie mniej niż 50 minut. Mniej niż 50 MINUT! Ojacie! Biegnę, bo co mi innego pozostało?

Ostatni zakręt, bannery reklamowe, pan z mikrofonem, zegar. Finiszuję! Niemożliwe. Udało się! Gdzieś tu muszą byc moi najlepsi na świecie kibice. Są! Wbiegam na metę, a zegar wybija godzinę zaczynając od czwórki. Nie wierzę! Pan prowadzący imprezę myli moje nazwisko. Nic nowego, przyzwyczajam się, niezmiennie od 5 lat. Dostaję medal na szyję i padam na kolana przy swoich. Opadam z sił, a może mam ich teraz więcej? Nic nie wiem. Serce wali, pot zalewa oczy. Zrobiłam to. DUMA! 

Złamałam te cholerne 50 minut. Poprzednia życiówka była słabsza o ponad 2 minuty. Tu te dwie minuty robią ogromną różnicę. Niewiele później okazuje się, że zajęłam 4. Miejsce w swojej kategorii wiekowej, a 21 w klasyfikacji generalnej. Toż to szoken! Ale że ja?! Że dziś?

 

 

Wnioski?

 

Ty Jesteś dla siebie największą przeszkodą. Sam sobie utrudniasz. Stawiasz przeszkody. Obawiasz się. Poddajesz. Rezygnujesz.

Niepotrzebnie.

Zobacz, że można inaczej. Że można wszystko. Ty możesz wszystko. I ja też. JA. MOGĘ.

Wiadomo, że nie pobiegniesz dychy w 35 minut tak po prostu i nawet jak się mocno zepniesz to nie wzbijesz się w powietrze. Ale są rzeczy, które masz w zasięgu ręki. Które są o krok od realizacji i Twojego sukcesu. I zamiast grzebać je na cmentarzu swoich wymówek, uwierz w nie, zrealizuj, daj im szansę. Sobie daj szansę. 

 

Niemożliwe nie istnieje.  

 

Przestań wątpić. Zacznij wierzyć.

 

dycha

2 comments

  1. poszukująca motywacji says:

    pięknie napisane, uwielbiam Cie czytać!

    jako zwierz bardzo ograniczony, uparty jak osioł, leniwy jak leniwiec, po przeczytaniu tekstu czuję ogromną motywację. mam nadzieję, że nie zniknie do momentu wyjścia z biura!!!

    pisz dalej, a obiecuję się w końcu się ruszę!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *