Matko, po co ci cały ten sport, czyli czemu ja się pocę.

 

„Masz męża i dzieci, nie rozumiem, po co jeszcze ćwiczysz”

„Ale przecież już schudłaś,  chce ci się jeszcze biegać?”

„Nie szkoda ci czasu na ten cały sport?!”

„Mnie by się po prostu nie chciało”

 

Powyższe teksty obijają mi się w uszach już od jakiegoś czasu. I wciąż je słyszę, z coraz to nowych ust. Moje zamiłowanie do sportu zastanawia, dziwi i intryguje. Moje hobby wciąż bywa dla niektórych niemałym zaskoczeniem. Bo jak to, mam męża, troje dzieci i uprawiam sport? No tak. Ale tak po prostu? Po prostu. Ale nie odchudzasz się i biegasz? Biegam.

 

Niektórym się jednak wydaje, że jako kobieta w średnim wieku (sic!), niezwłocznie po ułożeniu pociech w swych łóżkach, powinnam swoje „lubię gdy” ograniczyć do „usiaść na kanapie, wyciągnąć czipsy, odpalić serial”. I to czasem też lubię, a i owszem. Ostatnio jednak lubię za tą kanapą tęsknić.

 

W moim obecnym statecznym położeniu, powinnam mentalnie zarosnąć. Nie mieć potrzeb, pragnień, przestać marzyć. Cele? Poza sporządzeniem listy zakupów i planów na łikend można powiedzieć o „w-dupie-jej-się-poprzewracało-bo-za-dużo-czasu-ma”. Ograniczyć się do roli matki i żony. Na to zdecydowanie mam przyzwolenie społeczne, bo teoretycznie moja rola kobiety jest spełniona. Bo mąż, bo dzieci, bo ogródek warzywny, rosół w niedzielę, torba IKEI w aucie na większe zakupy (większe? to my mamy jakieś mniejsze?). To mi wolno. Bo jak zacznę odstawać, to będzie, że dziwna jakaś. Że się popisać chce. Że taka gwiazda z Warsiawy.

 

Wyłamuję się.

 

Od zawsze mniej lub bardziej lubiłam iść pod prąd, przekorna byłam i myślę, że jeszcze trochę jestem tamtą krnąbrną dziewczyną. Mit matki polki wielodzietnej, która na pytanie, co dla siebie ostatnio zrobiła, po dłuższym zastanowieniu potrafi wskazać puste opakowanie po lodach, mnie zdecydowanie nie dotyczy. Choć lody lubię i nie zamierzam z nich zrezygnować, ale nie rezygnuje też z siebie. Bo ja wciąż jestem. Mam upodobania, potrzeby, punkt widzenia i siłę mam jeszcze. Gdzieś mam.

 

Tak było dziś. Słaba, dziurawa noc. Próba przeniesienia niemowlęcia do łóżeczka, które noce zna jedynie z perspektywy łóżka rodziców, bywa z założenia bolesna. A podejmowanie jej w momencie, gdy brak zmiennika przy siódmym z kolei odkładaniu śpiocha jest  zwyczajnie karkołomne. I dalej, w dzień, to już tylko efekt domina, ciągła walka.  Ale jak to w życiu, zawsze po burzy wychodzi słońce. I kiedy na horyzoncie pojawiała się Babcia ( dzięki Mamuś <3) i zaoferowała pomoc „może zajmę się dziećmi, a ty sobie tam ogarnij” – grzechem byłoby, gdybym nie skorzystała.

 

Analiza była ekspresowa, mam 3 kwadranse, i albo ogarnę pranie/kuchnię/kolację/obiad na jutro/chwasty w ogródku/pinć tuzinów innych rzeczy, w sumie nie robiąc nic, bo czy ktoś poza mną dostrzeże moje zaangażowanie, włożoną pracą i poświęcony czas? [Eeee, uczyńmy to pytanie retorycznym]. Albo zrobię coś dla siebie. SIEBIE. Tylko i wyłącznie. Bez nasłuchiwania, które moje młode mnie potrzebuje, jaką kłótnię rozdzielić, do której szklanki nalać wody, co zmienić (pieluchę, zalaną koszulkę), co podać, co przynieść.. Po powrocie te atrakcje także będą. Tego jestem pewna. I nie, nie narzekam, nie ubolewam, nie stronię od moich dzieci. Wiem jedynie, że jak sobie ucieknę, to przez tę krótką chwilę nic nie stracę. Bo robota nie zając, roboty nie przerobisz, mówili.  Ale teraz mam kwadrans dla siebie, a przy dobrych wiatrach nawet dwa.  I „chcęmuszę” wyjść. Z muzyką w uszach, z wiatrem we włosach, z widokiem zachodzącego słońca, zapachem truskawek na polu przy drodze, z dymem z elektrownianych kominów, z bażantem czy inną kuropatwą uciekającą przed zającem. Wszystko to widzę, czuję, to jest obok. I to jest moje.

 

Pobiegłam.

 

Pobiegłam zatęsknić za moimi dziećmi, których dziś przynajmniej kilka razy chwilami serdecznie miałam dość. Pobiegłam pobyć sobą. Posłuchać  własnych myśli. Zobaczyć, jak szumią wierzby nad Wisłą. Pomachać z uśmiechem tym, którzy dziwili się całym swym ciałem, że mi się chciało chcieć. I że tu biegnę wśród tej chramy komarów. I choć nie przekonam tych, którzy uważają, że to bardzo męczące, bo wracam czerwona i spocona. I że na co mi to wszystko, bo energii mam mniej. Bo dyszę jak parowóz, i czasem ponarzekam na kolano. To jednak zawsze im powiem, że tak się robi endorfiny. I że bardzo warto. I żeby sami spróbowali.

 

I tak się rodzi pasję. Tak się w praktyce uczy, że sport to zdrowie, a wszyscy przecież wiemy, że zdrowie jest najważniejsze. Bo już od małego „zdrowia” życzą sobie wszyscy wokół. Tak się przykład daje młodzieży, że ten sport  to jednak fajny, bo serce rośnie. I dłużej można skakać na trampolinie, spacerować dalej, bo nogi wytrenowane mniej bolą i na rowerze można pedałować aż do następnej wsi. Wiemy, że przykład idzie z góry, a czym skorupka za młodu nasiąknie.. „A jak będzie jakiś bieg, mamo, to zapisz mnie, bo ja teraz pobiegnę szybciej”.

 

 

Jak widać piękne kobiety wiedzą, że w małych sportowcach jest potencjał 😉  Na zdjęciu Leon z Miss Polski – Pauliną Maziarz. 

 

Zdjęcia były robione podczas III Biegu Szlakiem Jana Kochanowskiego w Zwoleniu. Wciąż pozostajemy pod ogromnym wrażeniem organizacji imprezy. Kapitalnie spędzony dzień! 

 

 

Zaprawdę powiadam Wam, że nic tak mocno nas nie łączy, jak czas spędzony razem na wspólnych pasjach. A czasu wszyscy mamy tyle samo, dokładnie po równo, 24 godziny na dobę. I tylko od Ciebie zależy jak dobrze go wykorzystasz.

 

 

 

 

 

 

4 comments

  1. Teściówka says:

    I tak trzymaj !!! Nigdy nie rezygnuj z siebie !! to będzie owocowało i wyda wspaniałe owoce : )) A mój zabujczo przystojny Wnusio wie z kim fotki strzelać sobie ma doby gust : ))

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *