Strona główna » #matkaToStanUmysłu

#matkaToStanUmysłu

 

Uważam, że bycie matką to jest coś ekstra. COŚ WIELKIEGO. Serio. Ogarniasz wszystko, cały ten sajgon od rana do rana i nawet jak Cię nie ma, to jednak Jesteś i wiesz, że teraz powinny zjeść kolację, a potem wypić tran. W pełni to kontrolujesz, planujesz, obrabiasz. Jesteś bohaterem w swoim domu. Absolutnie!

Kocham matki miłością wielką. Bezgraniczną. Nieustającą. Wszystkie bez wyjątku. Mamy tę moc, jak trzeba góry przenosimy. Z każdym kolejnym dzieckiem poziom trudności wzrasta i doskonali się organizacja (się, chyba siet). Ale jest taka granica, po przekroczeniu której słowa nie są potrzebne, by czuć ten FLOW. By dogadać się niemalże bez słów, bo słowa bywają czasem mocno niecenzuralne. A matkom przecież nie wypada. Przy trzecim dziecko wchodzisz juz na level hard. I nie ma takiej sytuacji, z której nie wyjdziesz. Choćbyś miała iść na czworaka. Wyjdziesz i jeszcze czoło podniesiesz. Bo tak!

Zróbmy mały turn back. Kilka lat do tyłu.

Był rok 2011. Urodziłam wtedy pierwsze dziecko i byłam bardzo zajęta. Boszz, jak ja byłam zajęta. Wszystkim. Miałam co prawda czas na paznokcie i forumy, ale nadal byłam zajęta. Wszak zostałam mamą i czas mój wolny się bardziej niż bardzo skurczył. Owszem, miałam czas na rzeczy ważne i ważniejsze,a forum to było ważna RZECZ. Trzymanie sztamy z innymi przyszłymi matkami oczekującymi dziecięcia, to takie trochę wirtualne koło przybijaczy piątek. Słowem wspierają, wyniki badań wspólnie zanalizują, doradzą w wyborze imienia. Bez przekąsu i ironii piszę te słowa. Nie tylko ciąże i historie dziewczyn były mi bliskie, czułam, że w tym niespecjalnie przyjemnym dla mnie stanie (pamiętasz? Pisałam o tym TU) ktoś czuje dokładnie to samo co ja. I nie patrzy na mnie krzywo. Ewentualnie patrzy tak, że nie boli mnie ten wzrok. Była tam wtedy dziewczyna, która oczekiwała trzeciego potomka. TRZECIEGO! Oczywiście, że najlepszą matką byłam zanim matką zostałam w ogóle, i dopóki trwała moja ciąża, kompletnie nie wiedziałam jak to jest mieć dziecko i z czym to się je (nie dziecko oczywista!). Nie miałam najbledszego pojęcia jak to jest z dwójką dzieci śmigać do lekarza, sklepu czy na plac zabaw. W ogóle co ja o dzieciach wiedziałam? Wyobraźni niet. Null. I przyszła na nas pora. Porodziłyśmy wszystkie jak jeden mąż (jes, przegięłam tu grubo) te nasze zazwyczaj pierwsze dzieci i Wielodzietna też urodziła. I się zaczęło.

Ja tu próbuję karmić i żeby było ekstremalnie jeszcze obiad wstawić,  a Ona melduje, że obiad ogarnęła już przed 9, teraz biegnie z dziećmi do lekarza, później plac zabaw i zakupy. Ze swoimi sztukami trzema. Ze wszystkimi na raz! Na jeden raz sztuk trzy! Ożesz, nie pamiętam już jakie uczucia mną targały, kiedy czytałam, że starsze się bawią, a najmłodszą zawinęła w chustę i prasuje. Przy trójce dzieci, małych, rozkosznych acz wiercących, góśnych w jednym pokoju. Ona ogarniała wszystko. W realu. Bez marudzenia i pomocy. Łotdefak zapytasz? Ja wtedy też łotdefak, bo jak to, ja tu z jednym nieogarnieta, nieopierzona, nieprzygotowana, z kataklizmem ziemskim w postaci potówek (taaaak, to były te czasy, że potówki spędzały mi sen z powiek). A wielodzietna robi obiad z dwóch dań, jest na bieżąco z njusami z kraju i ze świata, robi to wszystko w okamgnieniu i na książkę ma czas. Tak było. Ona miała na to wszystko siły i chęci,  a ja miałam sajgon z pierworodną.Poddawałam w wątpliwość, czy Ona w ogóle istnieje. No bo jak?

Minęło 6 lat. Mam teraz troje dzieci i pora się przyznać, że prowadzę wielodzietne dialogi typu:

– jak tam Twoja mała, ile już ma?

– w niedzielę skończyła rok. A Twoja też ma rok, prawda?

– tak jest z początku sierpnia.

– słuchaj, a chodzi już?

– na szczęście nie. A Twoja?

– niestety tak. Skończyła 11 miesięcy i jak wstała, tak pobiegła.

– oj, to współczuję, bardzo nawet.

Muszę w tym miejscu oznajmić oficjalnie, żeby nikt nie miał żadnych wątpliwości, że wszystko ze mną  w porządku. Jestem najszczęśliwsza na świecie, gdy moje dzieci rozwijają się dobrze. Bo tak jest. I umieram ze strachu, kiedy dzieje się im cokolwiek złego.

 

Ale nauczyłam się doceniać momenty. Te czasy, kiedy Hanna jeszcze leżała, kiedy grzecznie, choć głośno siedziała. I teraz, kiedy coraz śmielej bierze jakiekolwiek ręce (byle były blisko i byle chciały prowadzić) i zbiera się do chodzenia.  To wszystko cieszy, bardzo cieszy. Owszem.

Ale prawda jest taka, że matki z trójką dzieci i więcej rozumieją się często bez słów. Bo na te słowa zwyczajnie czesto nie ma czasu. Dżastlajkdet. Nie przeskoczysz, ni pierona.

 

W zeszłym tygodniu w drodze od ortopedy wpadłam do spożywczaka po „niezbędne do egzystencji”. Spotykam Justynę (pozdro Mała!), mamę  trzech pięknych, psotnych dusz. Ostatni raz piłyśmy kawę, kiedy moje ciało rozrastało się ciążowo, a ta śliczna niebieskooka blondyna mówiła „zobaczysz, trzecie to się już samo wychowuje”. Ganianie od nabiału po warzywa stało się nagle ogromną przyjemnością, w końcu razem, i niemalże cudem udało nam się spotkać. Mieszkamy na sąsiadujących osiedlach, ale zawsze coś stawało na drodze naszych babskich pogaduch i obiecanej kawy. Matka wielodzietna nie zrzędzi i narzeka. Ona celebruje to, co warto celebrować. Wyciąga z każdej prozaicznej sytuacji każdy pozytyw.

 

 

 

Inaczej już dawno strzeliłaby sobie w łeb.

 

 

 

 

7 comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *