Strona główna » Kiedyś też będę miała siedmioro dzieci.

Kiedyś też będę miała siedmioro dzieci.

 

 

Opowiem Ci dziś historię, która pozostawiła w moim sercu ślad.

 

Wielkanoc. 6:00 rano, msza rezurekcyjna. Ludzie gromadzą się w kościele, ławki powoli zapełniają się wiernymi. Siedzę i ja. Do rzędu przede mną wchodzi kobieta, za nią grzecznie trzech chłopców i dziewczynka. Chłopcy na oko w wieku od 6 do 10 lat. Dziewczynka najmłodsza, śliczna, cała  w różu, ładnie upięte włosy. Wszyscy zaspani, ale to nikogo nie dziwi. Wybranie się z dziećmi na tak poranną mszę wiąże się z bardzo wczesnym wstawaniem.

 

Kobieta na oko 35 letnia, czyli moja rówieśnica. Porównuję, to oczywiste. Kobiety zawsze porównują. Chyba mamy to w genach, albo we krwi. Ona ma czwórkę dzieci, nieźle. Towarzystwo odchowane (mała może mieć z 4-5 lat), więc z pieluch już dawno wyszła. Matka ma makijaż, bransoletkę na ręce, zrobione paznokcie, eleganckie ubranie. Dzieci też są zadbane, czyste. Z chłopcami pewnie poszłabym do fryzjera, ale w sumie nie każdy musi mieć takiego pierdolca na punkcie włosów, co ja. Zresztą, co ja wiem, mam jednego syna, i mimo, że staram się jego włosy często włosy przycinać (nie znoszę wchodzących na ucho męskich włosów), to jednak bywa różnie. Z dziewczynkami jest łatwiej, długie, zadbane włosy zawsze prezentują się dobrze, a podcinanie końcówek można wykonać od bidy dwa razy do roku. Więc  w myślach wybaczam te chłopięce za długie włosy i mimo, że staram się brać czynny udział we mszy, to jednak z uwagą obserwuję tę rodzinę.

 

Zastanawiam się, gdzie jest tato dzieci? Może pracuje? A może został obrządzić w gospodarstwie? Mogą mieszkać na wsi, w dużym domu. A może mieszkają w bloku? Jak w bloku, to słabo. W robotniczych, elektrownianych blokach największe mieszkania miały około 45 m2. Rogowe były mniejsze, nie przekraczały 40. Wszystkie dwupokojowe, bez wyjątku. Życzę im dobrze, lepiej żeby mieszkali w domu. Zawsze to większa przestrzeń, no i podwórko.

 

Auto też muszą mieć duże, bo jadąc całą rodziną to już 6 osób. Tłum. Ciekawe jak z wakacjami. No i zakupami. Ale pewnie jeździ tylko rodzic, może wybiera po kolei każde dziecko, żeby było sprawiedliwie. A może w nagrodę bierze najgrzeczniejsze, najbardziej posłuszne. Ciekawe.

 

Głośno mają na pewno. Ja mam troje, z czego jedno jeszcze się kłócić nie potrafi, a gwarno jest. Codziennie rozdzielam tuziny takich kłótni, często identycznych. Czasem mam wrażenie, że powtarzam wkoło Macieju ten sam tekst, i gdybym się nagrała i co godzinę, na przykład, odtworzyła swój głos to serio, nikomu by to różnicy nie zrobiło, nikt by nie zauważył. Tym bardziej mnie ciekawi, jak jest u nich. Później zapytam mojej Mamy, może ich zna. Wtedy można by na spacer podejść, zagadać, poobserwować.

 

Msza trwa w najlepsze, dzieci są cicho. Widać, że wiedzą jak się mają zachować na mszy. Ja od wielu miesięcy staram się przyzwyczajać moje harpagany do czasowo spokojnego zachowania.  Są miejsca, gdzie zwyczajnie należy ciszą uszanować pracę czy modlitwę innych. Bywa różnie, wiadomo. Ta czwórka jest cicha, spokojna. Kilka razy spoglądają na swą mamę. Dostają odwzajemnione spojrzenie, pełne ciepła.  Dobrze się na nich patrzy. Jest jakaś magia w tym wszystkim. Podziwiam i nawet zazdroszczę. Kobieta wygląda na spełnioną, szczęśliwą. Myślę tak, by za chwilę w myślach, przed samą sobą wytłumaczyć siebie. Mam młodsze dzieci. Ona ma odchowane, więc ma łatwiej. Starsze – dojrzalsze – mądrzejsze. Więcej rozumieją, więc czasu dla siebie jest więcej, i większy rodzicielski luz. [Bla, bla, bla… Usprawiedliwianie siebie jest takie proste.]

 

Zbliża się koniec nabożeństwa, klęczę. Mama czwórki jest blisko, zatem nie wytrzymam, muszę poznać tajemnicę. Pytam więc „ma pani takie grzeczne dzieci. W kościele są, na tak wczesnej mszy, spokojnie stoją. Jak to się robi? Wie pani, ja mam trójkę, one by tu grzecznie nie stały. Pani ma czwórkę i naprawdę podziwiam…”. Wtedy kobieta odpowiada mi z uśmiechem „Ja mam siódemkę”. W tym jednym momencie, w tych trzech słowach ukryte jest jakieś szaleństwo. Nie moje, bynajmniej. Totalne zaprzeczenie tego, co ja sobie w myślach poukładałam. Bo jak to, przy siódemce (7! Sió-dem-ce!) dzieci mieć czas na paznokcie, pomalowanie oka, wstanie na 6 rano do kościoła. Znam tuziny mniejszych rodzin, włącznie z moją własną, najbliższą, gdzie wybranie się na konkretną popołudniową godzinę bez poślizgu graniczy z cudem. W sumie, to nie, to po prostu bywa niewykonalne. Po chwili, kiedy ponownie odzyskuję mowę, pytam z jeszcze większą ciekawością „Jak uspokoić te swary, bitwy? Jak pani je ogarnia?”. I tu pada najzwyklejsze w świecie „na spokojnie, bez krzyku”. Po prostu. W głowie mi się nie mieści. Takie to proste, a jednak zupełnie skomplikowane i trudne do wyobrażenia.  Próbowałam przecież. Pewnie z kwadryliony razy próbowałam i dopóki nie podniosłam głosu, to w ogóle mnie nie dostrzegały. Słabe to cholernie i mam pełną świadomość, że nie tędy droga. Ta pani pokazała mi, zupełnie nieświadomie, że można inaczej. Wiem, że nie kłamała. Po co miałaby to robić?  Ze spokojem można rozwiązywać konflikty. [Serio?]

 

Uwierzyłam jej oczom, jej postawie. Miała w sobie wewnętrzny spokój i tego uczyła swoje dzieci. To było wręcz namacalne. Dla mnie wzorowe. Od wtedy po dziś dzień.

 

Widzę, że moje maluchy, często komunikują się krzycząc, niestety. Walczę z tym, walczę spokojem, rozciąganą do granic cierpliwością, ściszonym głosem. Staram się jak mogę, naprawdę mocno, z różnym skutkiem. Nietrudno jest zepsuć kilka dni/tygodni starań. Nie trzeba wiele.

 

 

 

Mam świadomość, że wiele osób widząc tak dużą rodzinę skieruje myśli w stronę „patoli”, czy równie niepochlebnych określeń. I być może czasem trafi w samą dychę, bo alkohol, seks i dziecko. Dzieci. Play, repeat. Są jednak rodziny, które te dzieci planują. Więcej, w ich wychowanie angażują się całym sercem i życiem. I rację ma ten, kto powie, że nikt nie zrozumie matki tak dobrze, jak inna matka. Niestety, często matka – matce wilkiem. Dziś jednak nie o tym.

 

 

 

 

 

Jestem pełna podziwu. Widziałam tam ogrom pracy, na który nie każdego stać.

 

Uspokajam, nie planuję mieć siódemki dzieci. Dalszym znajomym, którzy wciąż dziwią się, jak można mieć AŻ troje, powiem – „oddychaj”. Siódemki nie będzie. Urzędzie dzielnicy, gmino – bądźcie spokojni o budżet 500+ – nie uszczuplimy go bardziej.

 

Całym moim matczynym sercem marzę, by mieć siedmioro dzieci. Chciałabym mieć w sobie tę odwagę, wewnętrzną harmonię. Siłę i tyleż ciepła, to łagodne  spojrzenie, otwarte na oścież ramiona. Kochać  cierpliwie. Być jak ta drobna, ale wielka kobieta,  mama, ze stoickim spokojem celebrująca macierzyństwo. Przeżywająca je całą sobą.

 

Od ponad 2 tygodni spędzam z mymi dziećmi cały czas. 24 godziny na dobę. Bywa różnie, jak to w życiu. Są momenty świetne, kiedy tarzamy się ze śmiechu, jeździmy rowerem, spacerujemy, biegamy, idziemy do lasu, śpimy do 10 [serio, tak dobrze też już było!].

 

 

Są też, niestety, te słabe chwile, kiedy jest mi wstyd. Wstydzę się swoich słabości. I wtedy myślę o TEJ rodzinie. O ogromie pracy, który codziennie wkłada w wychowanie swoich dzieci TA mama. Tymczasem ja mam do wytrenowania kawał odłogiem leżącej cierpliwości. I wciąż za dużo krzyczę. Choć kocham, nieustannie i mocno, to wciąż chyba jednak za mało…

 

 

 

3 comments

  1. Agnieszka says:

    Cudnie Magda o miłości matczynej napisałaś☺. Niezależnie czy jest się matką 1,2,3…czy  7 dzieci własnych,  adoptowanych czy zastępczych …nie da się przeliczyć miłości,  zaangażowania,  starań. ..błędów które też są potrzebne do wychowania,  do ukształtowania z nich dobrych ludzi. Każda matka robi to inaczej ☺.

  2. Emilkali says:

    Madziu Kochana ja mam poczucie,że każda matka jest lepsza niż ja.Wciąż mam poczucie,że mają mnie za mało i że czasem krzyknę choć można było w zupełnie inny sposób rozwiązać problem 🙁

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *