Strona główna » Biegam, bo lubię..

Biegam, bo lubię..

Moja przygoda z bieganiem rozpoczęła się jeszcze liceum. Chciałam wtedy (zawsze?) schudnąć i skuszona efektami znajomego, który zrzucił kilkadziesiąt wtedy kg zaczęłam i ja. Siódme poty wylewałam pod okiem kumpla, który trenował też piłkarzy, więc na rzeczy się znał. Bardzo mi to imponowało, ale teraz wiem, że to nie był odpowiedni na mnie moment. Potraktowałam to jako przygodę i tymże to moje bieganie było. Epizodem.  Bez ładu i składu. Bez wiary i determinacji. Nie zakochałam się. Nie lubiłam tego. W ogóle. Zero pozytywnej energii, radości. Endorfiny topiłam we własnym pocie i donośnym oddechu. Było zbyt nieregularnie i niewytrwale by mogło dać jakikolwiek pozytywny efekt. Wierzę jednak, że co ma wisieć nie utonie. Naprawdę! A że u mnie wisiało dobra kilka (naście?) lat, to już zupełnie inna historia.

Po ciążach miałam w głowie jedno – mocne postanowienie poprawy. Chodziło o moją sylwetkę, zdrowie, kontakt ze sportem, zaszczepienie dzieciom sportowego czynnika jako środowiska naturalnego, mimo, iż wtedy było jedynie w planach. Dosyć rozlegle, prawda? Szczególnie dla osoby, która nawet nie ćwiczyła na wuefie. Bieganie było jednym ze znanych mi sposobów na zrzucenie powstałych przez lata zaległości (wielkogabarytowych). Najskuteczniejszym ponoć.

I znowu zonk. Bo jak polubić coś, co już kiedyś nie polubiło mnie? W głowie miałam echo leśnego biegania sprzed lat. Bez celu, bez sensu. Ale przecież cel uświęca środki, a ja tym razem go miałam. Rozpisane dni, treningi i co najbardziej cieszyło – wagowe ubytki. Wszelkie plany treningowe znalezione w necie przerabiałam, analizowałam i wcielałam w życie. W klubie, na bieżni, tam, gdzie każdy miał nos w tv, ewentualnie tablecie i włączonym filmie. Tam było najłatwiej. Bez skupiania uwagi na mnie i amatorskich niedociągnięciach. Jakoś szło. Nie miałam odwagi by wyjść w teren. Było za wcześnie. Na moje szczęście nie byłam w tym szaleństwie sama. Miałam wirtualne towarzystwo innych świeżych mam, które jak ja pragnęły zrzucić nadmiary i od biegania postanowiły zacząć. Miło, nie? Miałam cel, doping, motywację. I byłam Z D E T E R M I N O W A N A. Kilogramy leciały, samoocena rosła, a ja kochałam te swoje marszobiegi coraz poważniej.

Pierwszy trening w terenie był skokiem na głęboką wodę. Fizycznie poszło nieźle, dystans nie powalał, ale nagle przyszło mi zmierzyć się ze wzrokiem publiczności. Czy to ważne, że mało kto na mnie patrzył? Zupełnie nie. Teraz to wiem, ale wtedy widziałam to inaczej. To jest dowód na to, jak wiele dzieje się w naszej głowie, jak dużo ograniczeń tam mamy upchanych, jak bardzo możemy się mylić. Czułam, że poruszam się mozolnie, garbato, biegnę za wolno – totalnie do dupy. Do tej pory śmieję się, że opanowałam do perfekcji wyuczoną wtedy technikę niskiego kupra, którą teraz rzadko, ale jednak stosuję. Trzeba pamiętać jedno: najłatwiej jest się poddać. Każdy może się poddać. Nie masz chyba wątpliwości. "Hej! Masz przecież cel, zwiększ krok/głośność w słuchawkach/tempo i działaj!"  krzyczało coś głośno. Czytałam komentarze koleżanek, że wszystko jest do przejścia, że żeby gdzieś dotrzeć, trzeba zacisnąć zęby, że skoro urodziłam dwoje dzieci, to co mnie może złamać. Ha! Mów mi heroina. Ale w sumie coś w tym jest. No i to przyniosło efekt. Raz że się nie poddałam, dwa, zwiększałam dystans skracając czasu każdego kilometra.

Znajome zaczęły startować w masowych biegach, a ja twierdziłam, że mnie to do szczęścia niepotrzebne. To zupełnie tak, jak twierdzić, że się czegoś nie lubi, pomimo braku poznania jego smaku. Teraz tak myślę. Ale kiedy dowiedziałam się, że w moich rodzinnych stronach organizowany jest kameralny bieg (przy tym niewielki koszt, dogodny termin) podjęłam decyzję – biegnę. Przynajmniej spróbuję. Wysoki poziom paniki, nieprzespana noc i obawa, że w razie co obejdzie się bez pierwszego medalu (choć kusił fakt jego posiadania) to były uczucia dominujące.  Nie ten raz, to następny. Byłam w najgorszym wypadku przygotowana na porażkę, bo i moje przygotowanie mogło się okazać niewystarczające. Tego przecież nie wiedziałam. Ale była też zwykła babska ciekawość. Wiem, że stres nieźle mieszał w głowie. I poniekąd ciągle miesza. Jednak pozytywnie się rozczarowałam. Było fantastycznie! Emocje w zenicie, zmierzenie się z własnymi słabościami i  pokonanie ich, wyjście ze strefy komfortu, i w rezultacie życiówka! Na mecie oczekiwała rodzina, i to Ich ciepłe słowa, buziaki i spojrzenia pełne dumy były tego wszystkiego warte. Dosłownie!

bieg2

I apetyt wzrósł.  Pojawiła się uzasadniona ciekawość, jak może smakować stołeczny, duży bieg.. Jak to jest mieć tyle publiczności na trasie? Kolejna pokusa. Zdecydowałam się wziąć udział w Biegu Niepodległości, tym razem w towarzystwie. Było bosko, ludzie tłumnie kibicowali, bili brawo, przybijali piątki. Była orkiestra i były podbiegi. Matko, jakie strach potrafi mieć wielkie oczy! I jak fantastycznie jest przebiec przedostatni kilometr w 5:09 minuty (na lajcie ok. 6 minut) myśląc, że koniecznie muszę zwolnić, bo odlecę. I że to wszystko nie może się dziać naprawdę! Było doskonale! Polecam każdemu, kto się waha. Kto nie wie, czy da sobie radę. Kto wątpi, ale jednak biega. I czuje się w tym/z tym dobrze.

Żaden ze mnie biegacz. Nie kokietuję, naprawdę tak uważam. Ale mam nowy cel i postanowiłam po jego zrealizowaniu zezwolić sobie za takowego się uznawać. Dołączyłam do realizacji na Endomondo – Nie uwierzysz, przebiegnę w sierpniu 200 km. I zrobię to. Nosz kurka, kto jak nie ja?! W sumie jest dopiero 10-ty sierpnia, więc kto ma ochotę, niech dołączy. Jest sporo czasu. Moje plany może zniweczyć tylko lewe kolano, które czasem daje o sobie znać. Ale nie planuję wywoływać wilka z lasu. Glukozaminą go pogonię. Aktualnie na urlopie moją jedyną aktywnością jest bieganie (sporadycznie pojawia się rower, ewentualnie taśmy). Więc nie będzie to specjalnie trudne, choć aura niezupełnie sprzyja. Ale nie narzekam, przecież uwielbiam upały. Poza tym o 5:40 rano temperatura nie jest zabójcza. A jakie widoki.. Palce lizać, zresztą, wystarczy spojrzeć poniżej..

Poproszę o kciuki. Bez wątpienia się przydadzą. A ja śmigam spać, nastał czas regeneracji. 🙂

run2

run11

run13

un7

run6

konie

 

5 comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *