Strona główna » Archiwum dla Magdalena Solecka

Autor: Magdalena Solecka

Banany w cieście – czyli szybko i do syta!

Lubię szybkie przepisy. Wiadomo, jak się ma siedem miliardów rzeczy do zrobienia w ciągu dnia [kurdelebele, chciałabym przesadzać, serio], to i czas w kuchni skrócony jest do minimum. Z drugiej jednak strony gdyby nie te moje tysiące tuzinów zajęć, pewnie nigdy bym do tej kuchni nie trafiła. Czyli jest in plus. I tak nauczyłam się gotować szybko i z przytupem 🙂 No zbijam się, wiadomo, że Masterchef ze mnie żaden, ale co ważne – zjadaczom moim potraw zazwyczaj smakuje, a wybredni są mocno i szczerzy do bólu [wszystkie, bez wyjątku, nawet pomimo obiecywanego „na dobre i na złe” :D].

Czytaj…

Matko, po co ci cały ten sport, czyli czemu ja się pocę.

 

„Masz męża i dzieci, nie rozumiem, po co jeszcze ćwiczysz”

„Ale przecież już schudłaś,  chce ci się jeszcze biegać?”

„Nie szkoda ci czasu na ten cały sport?!”

„Mnie by się po prostu nie chciało”

 

Powyższe teksty obijają mi się w uszach już od jakiegoś czasu. I wciąż je słyszę, z coraz to nowych ust. Moje zamiłowanie do sportu zastanawia, dziwi i intryguje. Moje hobby wciąż bywa dla niektórych niemałym zaskoczeniem. Bo jak to, mam męża, troje dzieci i uprawiam sport? No tak. Ale tak po prostu? Po prostu. Ale nie odchudzasz się i biegasz? Biegam.

Czytaj…

Deser mojej Córki. Tyraj Misiu Słodki Mój <3

 

 

Moja Córka jest bardzo ambitna. To zarówno zaleta, jak i wada, tak myślę. Przy tym jest cholernie pamiętliwa. Czasem moje słowo rzucone w przestrzeń wraca w najmniej oczekiwanym momencie. Kiedy któregoś dnia powiedziałam, że ok, jak będzie miała ochotę to sama zrobi tiramisu. Ziarenko zakiełkowało. Kluczem oczywiście było słowo SAMA. Spisała listę zakupów i kiedy produkty wjechały na stół zaczęła dyrygować "mamo, ja sama!". No dobrze, niech będzie. W końcu te megadzieci z Masterchefa też gdzieś (kiedyś?) zdobywały doświadczenie. To "kiedyś" aż dziwnie się pisze. One mają po kilka lat, dosłownie, więc na moje oko zaczęły gotować w powijakach zanim dobrze zaczęły siedzieć. Mogło tak być. Niczemu się już nie dziwię.

 


Moja pomoc w kuchni ograniczyła się do rozdzielenia białek od żółtek i trzymania blendera (na wsi jeszcze się miksera nie dorobiłyśmy, z naciskiem na łyśmy – wypieki i wszelkie słodkości póki co nie są domena naszych mężczyzn, Leo (jeszcze) się do słodkości nie garnie, a G ze słodyczy najbardziej lubi śledzia i golonkę ;). Także wysłużony, poczciwy blender spełnił swoją rolę, choć nagrzał się niemiłosiernie.

 


I moje Dziecko przygotowało ciasto. Ciasto bez pieczenia, w końcu od czegoś trzeba zacząć.

 

Niezbędne do tiramisu:

– 5 jajek,
– 2 serki mascarpone (w sumie 500g),
– 6 łyżek cukru pudru,
– 2 paczki biszkoptów podłużnych (ilość zależy od wybranej formy),
– 200 ml zaparzonej mocnej kawy,
– 5 kropli aromatu migdałowego,
– szczypta soli.

 

 

Zaczynamy od zaparzenia kawy. Jeszcze na gorąco warto dodać 5 kropel olejku migdałowego. W wersji "nie dziecięcej" można skorzystać z likieru, amaretto czy po prostu wódki, ale oczami wyobraźmi już widzę śniadanie w przedszkolu, gdy Polczysław opowiada o tym jak przygotowywała ciasto z wódką 🙂 Także u nas na spokojnie, wersję saute uznamy za zupełnie kompletną. Kiedy kawa stygnie, organizujemy naczynie na tiramisu. Polecam szklane, ono na pewno zrobi dodatkowo efekt "wow".
Na dnie naczynia Pola ciasno ułożyła biszkopty.
Tu wkroczyłam do akcji ja, cała na biało. Popłynęłam nieco, wiem 🙂 Pomogłam oddzielić białka od żółtek, ale obiecałam, że tylko ten jeden raz. Następnie już zupełnie sama Zosia Gosposia żótlka posypała cukrem i mało delikatnie potraktowała je blenderem. Trwało to trochę, a już po krótkiej chwili było "mamooo, juuuż?". Mała rączka buntowała się jak mogła, ale od czego ma się rodzeństwo? Leo rzucił się na ratunek siostrze, trzymał garnek. Bardzo to miłe i zawsze mnie rozczula, kiedy pomimo wojen i miliarda codziennych rywalizacji potrafią przyjść sobie z pomocą <3

Do towarzystwa jasnych, prawie białych żóltek, łyżka po łyżce dołączył serek mascarpone. Serek zdecydowanie cały na biało był 🙂 Mieszanie zajęło dosłownie chwilkę. Ubite ze szczyptą soli białka małe rączki dodały do masy serowej i dokładnie je wymieszały. Odpoczywające w foremce biszkopty moja Kucharra dość obficie polała naparem z kawy i olejku. Obawiałyśmy się, aby w tej kawie nie utonęły, ale były akuratne. Kiedy wszystkie ciastka były mokre, ale wciąż zwarte panna Pe przykryła je pierzynką z masy jajczano-mascarponowej. Dalej druga warstwa biszkoptów potraktowanych kawą i ponownie jasna masa, do której jak ćmy do światła wędrowały nasze paluchy. Bezustannie. No ale jak coś się nazywa masa "mów-mi-tryliard-kalorii" to nie ma się czemu dziwić.

 

 

Całość posypujemy łyżeczką kawy i łyżeczką gorzkiego, aromatycznego kakao. Przesiane przez sitko doda wyśmienitości naszemu deserowi. Blacha wędruje do lodówki na min. 2 h, tymczasem my biegniemy do prawie pustego garnka, bo może coś zostało. A jeśli zostało, to nie może się zmarnować 😛

Dobrze być razem w kuchni. Zawsze jest smacznie. Po naszemu.

 

Deser wyszedł pyszny, chłodny, zwarty, rozpływający się. Idealnie skomponway z kubkiem kawy lub kakao.

 

Powtórzymy go bez wątpienia. Uprzednio wcześniej muszę nabyć co najmniej z 3 tuziny jaj, toć w talenty trzeba inwestować

Enjoy!

img_4192

Drożdżowe racuchy z jabłkami

 

Kto ich spróbował, ten je uwielbia. Potwierdzone wielokrotnie.

Nasze Dzieci z pewnością będą je kojarzyły z okresem dzieciństwa. Racuchy pojawiają się w naszym domu często, zawsze wtedy, gdy mamy więcej czasu, czyli zazwyczaj na śniadanie w sobotę, czasem na kolacje. Są puszyste (językiem dzieci – puchate), syte i bardzo ciężko przejść obok nich obojętnie.

Czytaj…

Jak nie zepsuć sobie Świąt?


Święta Bożego Narodzenia uwielbiam absolutnie. I czekam na nie tak samo jak Ty. I jak dzieci. Na niepowtarzalną atmosferę, zapachy, dźwięk łamanego opłatka, kolęd, rozpakowywanych prezentów. Z niecierpliwością, radością. Jesteśmy już tak blisko, został dzień, kilkanaście roboczych godzin. Widzę oczami wyobraźni pięknie ubrane drzewko w dziesiątki lampek, mnóstwo prezentów pod choinką, zastawiony stół i te zapachy.. Widzę moich najbliższych, radosnych i szczęśliwych, że kolejny raz dane jest nam spotkać się w gronie powiększającym się rokrocznie solidniej. Widzę szczęście w czystej postaci, niemal jak z reklamy biżuterii. Błogostan? Jakby nie patrzeć – tak!
Ale zanim siądziemy do suto zastawionego stołu, zanim ubierzemy eleganckie ubrania, zanim padnie „Nareszcie, to już, zaczynamy” jest jeszcze tyle do zrobienia. Jest stres, bałagan, kalendarz pełen rzeczy zDONEowanych do odhaczenia, dużo takich „jeszcze tylko to i mogę iść spać”.

Czytaj…